(kartki wilgotne, lekko sklejone solą, pismo krzywe)
Katania 16.01.2026
Morze nie tłumaczy się z niczego.
Prognoza? Krótka. Bez sentymentów. Wschodnia Sycylia odpada. Silny wiatr. Wysoka fala. Zero złudzeń.
Decyzja jest jedna: zaprowiantować się. Przeszkolić załogę.
Ruszyć. Jak koń morski. Pędzić bez zwłoki. Kurs: bezpieczna Malta.
Piątek wieczór.
Tuż przed podniesieniem trapu, Bożydar wraca z miasta.
Z Gitarą. Kupiona od młodego grajka. A może wymieniona. Pewnie za batoniki z Kutna. Już kiedyś na trasie do Barcelony jego batoniki z Kutna uratowały morale BelugaV, a teraz posłużyły jako waluta, jak widać dobrze wymienialna. Transakcja odbyła się na kamiennych schodach przy głównej ulicy Katanii. Gitara używana.
Chłopak ma łzy w oczach. Poźniej jęki strun na falach będą nam towarzyszyć do końca rejsu. Idealny prezent na jacht.
Sobota rano. Cumy rzucone.

Ostatnie spojrzenia na marinę Blu.
Gościnna, ale z ulgą, że to już nie jej problem.
Załoga? Mieszanka świeżaków i ludzi, którzy wiedzą jedno: morze zawsze ma rację. Nawet gdy milczy.
Trasa do Valletty wymaga uwagi. Kanał maltański nie wybacza romantyzmu. Statki większe niż ambicje początkujących żeglarzy.
Niedziela. Tuż przed wschodem słońca.
Złapana boja w zatoce niedaleko Sliemy. Cisza. Lekki wiatr. Zmęczona załoga. Morze uśpiło nas. Jakby mówiło: „odpocznijcie. Jutro będzie ciekawiej.”
Cumowanie w Marinie Manoel poszło szybko. Może za szybko.
Niedzielny wieczór przypomniał, że zło się zbliża ze wschodu.
Wiatr rozpoczął szarpanie muringami. Wyciskał dźwięki, których nie zapiszesz nutami.
48 godzin.
Jesteśmy w cyklu: wyjść na pokład. Nie dać się porwać wiatrowi. Sprawdzić cumy. Poprawić odbijacze. Spojrzeć na zegary. Westchnąć. I tak od nowa.
Szkolenie praktyczne z pokory do natury.
Środa. Spokojniej. Na tyle, żeby spróbować wyjść z mariny.
Dwa podejścia pod główki portu. Fale rozbijają się o falochron. Entuzjazm znika.
Zawróciliśmy. Popływaliśmy po porcie. Siedemset zwrotów przez sztag. Bez świadków.
Pod wieczór grzecznie wróciliśmy na swoje miejsce przy kei. Czasem najlepszą decyzją jest cofnięcie się.
Czwartek. Ósma rano. Cumy rzucone. Kurs: Gozo.
Plan prosty – żeglować i złapać rybę. Ryby miały własne plany.
Złapaliśmy dwa razy folię. Ominęliśmy dryfujące szafy, drzwi, stoły, krzesła.
Cywilizacja dryfuje obok w stanie rozkładu. Krajobraz po cyklonie Harry.
Pięć godzin później – zatoka Santa Maria. Martwa fala nas wita. Kambuz działa sprawnie. Risotto gotowe. Sprawnie rzucona kotwica ratuje talerze przed emigracją za burtę.
Najedzeni. Spokojniejsi. Kurs powrotny. Dobry dzień na morzu. Taki, po którym nie trzeba nic tłumaczyć.
Wieczór. Kolacja na mieście. Podsumowanie rejsu.
Gitara oficjalnie przekazana na rzecz jachtu. Podziękowanie dla fundatora. Na koniec przed snem partia kart w „Planowanie. Znów Kapitan był gościnny.
Rejs kończy się. Huragan Harry nas nie złamał.
Byliśmy w dobrym miejscu, o właściwym czasie.
Na morzu – i w życiu – planowanie wygrywa z brawurą.
Reszta to tylko wiatr.