BelugaV – Palma – Cagliari
Palma, Majorka
Niektórzy zaczynają rejs od śniadania w marinie, inni od wizyty w katedrze La Seu – tej samej, której budowę zaczęto w XIII wieku, a skończono dopiero cztery stulecia później. My zaczęliśmy od sprawdzenia, czy lodówka na jachcie pomieści wszystkie plany Rafała na ryby i Bartekową gitarę. Nad całością czuwał Frost – skipper, który nawet w korku na Bosforze zachowałby pokerową twarz.
Załoga przypominała drużynę z powieści przygodowej: Natalia – mistrzyni węzłów i żartów, Małgosia – meloman fal, Rafał – rybny pogromca, Juri – wieczny „wunderbar”, Piotr – buchalter emocji, Wojtek – gladiator z kaloryferem, Bartek – muzyk, co każdą wachtę zamieniał w koncert.
Cabrera
Wyspa, gdzie niegdyś więziono żołnierzy Napoleona, dziś jest parkiem narodowym. Cisza, ptaki i krystaliczna woda – idealne tło dla popisu Rafała. Jego wędka zadziałała szybciej niż aplikacja do zamawiania pizzy – dwa dorodne tuńczyki i już mieliśmy królewską ucztę. Historia wyspy mówi o cierpieniach więźniów, nasza – o smażonej rybie, której smak był tak dobry, że nawet Piotr zrezygnował z notowania kalorii.
Mahon, Minorka
Naturalna zatoka tak ogromna, że od XVIII wieku marzyli o niej wszyscy – Brytyjczycy, Hiszpanie, Francuzi. Anglicy zostawili tu swoje ślady: forty, szpitale i gin, który do dziś jest dumą wyspy. My zostawiliśmy kotwicę w przejrzystej wodzie, a potem poszliśmy do Can Xavi – knajpki, gdzie podają jedzenie tak prawdziwe, jakby czas zatrzymał się w epoce Franco. Kolacja była tak smaczna, że Wojtek zapomniał się popisywać bicepsem, a Małgosia nie przerwała ciszy ani jednym komentarzem muzycznym – co znaczyło tylko jedno: absolutny zachwyt.
Minorka – Sardynia
Tutaj zaczęła się szkoła przetrwania. Fala trzymetrowa i wiatr, który mógłby zdmuchnąć fryzurę samego Elvisa. Kambuz zamienił się w ring – garnki tańczyły walca, talerze uciekały, a kucharze walczyli o życie i… smaki. Tak powstały Burgery Morskie i Kurczak Curry – dania, które weszły do historii BelugaV, nie tylko dlatego, że były pyszne, ale że w ogóle udało się je dowieźć do stołu.
Nocna żegluga
Niebo gęste od gwiazd, morze czarne jak atrament. Fale waliły w burtę, a wiatr grał na wantach koncert, którego nawet Bartek nie próbował zagłuszyć gitarą. To była noc, w której człowiek rozumie, dlaczego Odyseusz błąkał się tyle lat – bo nocne żeglowanie jest warte każdej ceny.
Sardynia
Wyspa, która pamięta Fenicjan, Kartagińczyków i Rzymian. Do dziś stoją nuragi – kamienne wieże sprzed 3 tysięcy lat, starsze niż większość katedr Europy. A my mieliśmy własną przygodę: BelugaV wplątała się w sieci rybackie. Na szczęście było to popołudnie, słońce świeciło, więc sytuacja miała klimat raczej sportowy niż dramatyczny. Wojtek – nasz gladiator – wskoczył do wody, rozciął sieć i wrócił na pokład, jakby właśnie skończył trening w siłowni. Publiczność w postaci załogi biła brawo.
Ostatnia noc
Kotwicowisko w zatoce, gdzie woda była przejrzysta jak szkło, a cisza głębsza niż refleksje Piotra w Excelu. Rozmowy, śmiech Juriego i muzyka Bartka tworzyły wieczór, który mógłby trwać wiecznie. A o świcie Rafał wstał pierwszy – nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał zobaczyć, jak słońce wschodzi nad Sardynią. Widok, którego nie zapomina się nigdy.
Cagliari
Miasto fenickich kupców, rzymskich mozaik i hiszpańskich bastionów. My dopłynęliśmy tam zmęczeni, ale szczęśliwi – i bogatsi o opowieści, które na pewno jeszcze urosną, gdy zaczniemy je snuć przy kieliszku wina.
Bo w końcu każdy rejs kończy się tak samo: opowieścią, w której fale są wyższe, ryby większe, a bohaterowie – jeszcze bardziej bohaterscy.