Z zapisków znalezionych w bakiście SY BelugaV

Wszystkie postaci, wydarzenia, miejsca oraz opisywane sytuacje przedstawione w tej historii są całkowicie fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do prawdziwych osób, żywych bądź zmarłych, oraz rzeczywistych zdarzeń jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.
Rejs bez historii – czyli jak nic się nie działo
Zaczęło się w Olbii – mieście, które pachnie sardynskim wiatrem, kawą i czymś, czego nie potrafisz nazwać, ale wiesz, że jest tu od zawsze. Zatłoczony port, kolorowe żaglówki, rybacy w kapeluszach i turyści ze smartfonami w rękach – idealne miejsce na rozpoczęcie rejsu, z którego nic specjalnego nie zapamiętamy.
Załoga – mieszanka doświadczenia, jego braku i skrajnych osobowości: Krzysztof z synem Miłoszem, świeżo upieczeni adepci morskiej szkoły życia; Basia i Tomek, którzy szukali ucieczki od realiów zawodowych i w planie mieli romans z wiatrem; oraz trio indywidualistów – Kasia, Zygmunt i Karol – zakochanych w wodzie, wietrze i samym żeglarstwie.
Skipper po wieczornej analizie pogody zaproponował trasę „komfortową, a zarazem ambitną”: La Caletta jako pierwszy przystanek, potem północny wiatr miał nas podwieźć prosto na wyspę Ustica. Końcowym portem miało być Palermo, a dokładniej marina Sitimar – miejsce, gdzie cumuje się w rytmie włoskiej muzyki i zapachów.
La Caletta – spacer, pizza i wino
Miasteczko La Caletta przywitało nas słońcem i aromatem świeżych ryb. Wieczorny spacer zakończył się w lokalnej pizzerii, gdzie zajadaliśmy się pizzą na cienkim sardynskim cieście i degustowaliśmy lokalne wina, które miały nabrać mocy przed 235-milowym przeskokiem na Usticę. Plan skipera był ambitny: pobić rekord trasy – 33 godziny od brzegu do brzegu.
O 16.00 rzuciliśmy cumy. Wiatr sprzyjał, a fala zaczęła bujać tak, że niektórzy zaczęli wątpić w grawitację. Weterani wachty trzymali jak kotwica dna – pewnie, twardo, bez słowa skargi. Około 20.00 na widnokręgu pojawiła się łuna. To był spektakularny wschód księżyca, który rozpalił horyzont i wyobraźnię mniej doświadczonych żeglarzy.
Żeglowanie przebiegało w rytmie wiatru: refowanie i rozferowanie żagli, składanie i rozkładanie bimini i szprycbudy. Jedynie ryby, które mogły z nami współpracować, nie zamierzały. Wedką była pusta jak butelka dobrego rumu na zakończenie rejsu. Kambuz, nie zważając na dwumetrową falę, serwował smakołyki, wspinając się po pokładzie z gracją gimnastyka olimpijskiego. Rozmowy krążyły wokół serialu Heweliusz, nadając rejsowi charakter tajemnicy i niedopowiedzianych historii.
Ustica – kontrola i wschód słońca
Dotarliśmy na Usticę wraz ze wschodem słońca – złoto-pomarańczowa tafla morza odbijała światło jak lustro, a powietrze pachniało solą i lawendą. Zacumowaliśmy na wzór grecki, z kotwicą rzuconą z dziobu. Niespodziewanie do burty przybił ponton Carabinieri. Pogoda była fatalna, a oni pytali – kto żegluje w takich warunkach? Okazało się, że obserwowali nas całą noc dzięki dronowi. Powód kontroli? Sprawdzenie, czy na pokładzie nie ma emigrantów, „hiszpańskich nurków” ani innych zielonych ludzików. Po godzinie byliśmy wolni.
Pozostało nam tylko obserwować lament starego Włocha nad zatopioną łodzią wędkarską. Emocje, gestykulacja i dramatyczny język włoski wzmocniły atmosferę. W zamian za trochę pomocy dostaliśmy dwa małe tuńczyki – ewidentnie na kolację.
Niektórzy dali się uwieść kruczo-czarnej Francesce, która zaproponowała nurkowanie. Dla jednych pierwszy raz, dla innych – bułka z masłem. Woda była nieskazitelna, a podwodny świat Ustici pełen ryb i kolorowych raf – królestwo morskiego życia. Wieczorem wino na rynku miasteczka i plan kontynuowania wyprawy w kierunku Sycylii.
San Vito – kotwica i włoskie smaki
Późnym popołudniem dobiliśmy do San Vito. Załoga entuzjastycznie rzuciła się do kotwiczenia, wciągania znaków kotwiczenia – czarna kula była wszędzie. Emocje sięgnęły zenitu, a część ekipy wspięła się na maszt w pogoni za puszczonym spinakerfalem. Ponton na wodzie, wypad po wolną keję, zapachy restauracji – magia włoskiego portu.
Kolacja z ryb, mięsa i ośmiornic była zaskoczeniem. Miasteczko wydawało się opanowane przez polskich wspinaczy, a my – żeglarze w defensywie – wróciliśmy na jacht pod wielką skałę, by zasłużenie odpocząć.
Palermo – koniec rejsu
Ostatni etap – San Vito do Palermo. Żagle postawione, Neptun wzywany, wiatr… nieprzychylny. Tuż przed zachodem słońca przepuszczając na główkach wielki wycieczkowiec, meldowaliśmy się w Palermo. Po cumowaniu – szklaneczka sardyńskiego napoju pasterzy i rybaków, a potem kolacja w Trattorii Carpaccio. Senior Antonio z rodziną przywitał nas z ciepłem i humorem. Zupa z muszlami, kalmary, ośmiornice – prawdziwy festiwal smaków.
Kończymy tuż przed północą w kokpicie jachtu, rozmawiając o życiu. Miasto nigdy nie zasypia, marina też nie. Tak kończy się nasz rejs – rejs, w którym nic się nie działo.